Kwadrans przed rozwodem

Kwadrans przed rozwodem

Hala odlotów na lotnisku Kraków Balice. Czekając na odprawę rozmawiam przez telefon ze szczebioczącą przyjaciółka (kocham ją, ale stanowczo za dużo gada ☺). Tuż obok mnie na coraz wyższych tonach nadaje „pan i pani”. Już za chwilę rozmowa przeradza się w kłótnię, ta rozwija się wg klasycznych zasad i spirala konfliktu zatacza coraz szersze kręgi. Są obecne wszystkie niezbędne elementy: m.in. partner owej damy, ze świata ludzi, aczkolwiek nie do końca sprawnych umysłowo (ty idioto), poprzez świat zwierząt (ośle) i intymne części ciała (ch**), szybko trafił do krainy materii nieożywionej (cymbał). Nie zabrakło ani ukradkowego wyrywania z rąk walizki i krótkiej szarpaniny, ani rzucania czerwoną różą (bo przecież dziś Walentynki), ani rzucania „mięsem”. Pojawił się też (a jakże) wątek szantażu: „Odejdę i zabiorę syna”, groźne słowo na „R”, gorzkie łzy niewiasty i posępne milczenie osobnika płci męskiej.

Cóż, niby zwyczajna sytuacja, jakich można się napatrzeć wszędzie, szczególnie w czasie powrotów pourlopowych, kiedy zmuszeni, a nieprzyzwyczajeni do długiego wspólnego przebywania pary próbują rozładować wewnętrzne napięcie.

Kłótnia zbliżała się do punktu kulminacyjnego. Ja starałam się podzielić swoją uwagę pomiędzy „zakochanymi” a swoją przyjaciółką, z którą wciąż rozmawiałam przez telefon. W pewnym momencie, kiedy wrzaski pary osiągnęły szczyt, przyjaciółka zapytała, co się tam dzieje? Na co ja, wyraźnie i dobitnie, odpowiadam, że „właśnie na moich oczach zasób mężczyzn do wzięcia powiększa się o jednego! Wyobrażasz sobie?! Obstawiam, że jeszcze kwadrans kłótni, no i plus minus 2-3 miesiące na formalności rozwodowe… No i wiesz, chyba jestem pierwsza w kolejce”, tu przesyłam zalotny uśmiech w kierunku mężczyzny… „Nie, nie wiem nic o ich majątku… Tak, dziecko jest, syn. Ale to nie szkodzi, to tylko 20-25% alimentów z wynagrodzenia… Tak, przystojny… Tak, bardzo mi się podoba…” Ponowny słodki uśmiech (wg drugiej zasady skutecznego uwodzenia).

Parka nagle przycichła i oboje zaczęli się na mnie gapić (dama – z nienawiścią, dżentelmen – z nieskrywanym zaciekawieniem). Ja tymczasem rozmawiałam z przyjaciółką, ignorując błyskawice idące od strony niewiasty i słodko uśmiechając się do mężczyzny. Jegomość uśmiechał się do mnie, coraz bardziej wkręcając się w rolę prawie wolnego samca. Po czym niespiesznie odszedł od żony na kilka metrów, nadal zerkając w moją stronę. Jeszcze przez chwilę pouśmiechaliśmy się do siebie.

Białogłowa popłakała parę minut, po czym wstała, spojrzała pogardliwie na mnie, podniosła z podłogi wciąż jeszcze piękną czerwoną różę i powolnym, kocim krokiem popłynęła ku ukochanemu. Chwilę później gaworzyła mu o tym, jaki jest wspaniały, jak bardzo go kocha i jak dobrze jej jest z nim. Rozpromieniony, wdzięcznie spojrzał w moją stronę.

Na tablicy wyświetlił się kolejny nr lotu. Idąc w kierunku terminala, kobieta mocno trzymała swojego mężczyznę. Rzuciła jeszcze parę złych spojrzeń w moją stronę…

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: