Pierwszy raz w Polsce

Pierwszy raz w Polsce

To był jeden z tych dni, o których człowiek chciałby zapomnieć, a zakamarki pamięci podsuwają mu obrazy tego wydarzenia ze wszystkimi szczegółami, przez resztę życia…

– Pani nie może jechać z nami – usłyszałam stojąc przed wejściem do autobusu wykonującego międzynarodowe przewozy. Był koniec lipca 1992 r., a ja właśnie po raz pierwszy odwiedziłam Polskę i wracałam po dwutygodniowym urlopie wraz z mężem. Zbiórka pracowników powracających po urlopach do pracy w Rosji, a konkretnie do Magnitogorska – miasta na Uralu, ok. 4000 km od Polski – miała się odbyć w Krakowie (w naszym przypadku, najbliżej miejsca zamieszkania, ok. 100 km) w zatoczce autobusowej nieopodal dworca. Okazało się, że w związku z tym, że był to jeden z autobusów mających przewieźć pracowników firmy *** za granicę – na Ukrainę, nie było możliwości zabierania „osób towarzyszących”  bez wcześniejszej rezerwacji i zgody kierownictwa. Na nic się zdały tłumaczenia, że „to jest  żona, ona nie zna języka” itp. Nie i już.

Cóż, mieliśmy do wyboru: albo ja pozostanę i na „własną rękę” dojadę do Magnitogorska, albo mąż nie pojedzie wraz ze wszystkimi i pojedziemy razem. W tym przypadku musiałby się liczyć z tym, że oprócz zwrotu kosztów za przejazd, którego nie odbył, całkiem prawdopodobne było zwolnienie dyscyplinarne.

Hmm, mieliśmy na podjęcie decyzji i działanie kilka minut. Szybko rozpakowaliśmy bagaże, ja do niewielkiej torby włożyłam kosmetyki, ręcznik, parę kanapek, sprawdziłam, czy dokumenty są przy mnie – były. Na pożegnanie mąż czule mnie objął i wskazał kierunek, w którym prawdopodobnie znajdował się dworzec kolejowy. Już za chwilę autobusy odjechały, a ja zostałam sama w kraju, w którym nikogo nie znałam, języka którego również nie znałam, w mieście, które widziałam po raz pierwszy na oczy jakąś godzinę wcześniej, pozostawiona sama sobie… To była era przed telefonami komórkowymi   

Nie wiedziałam, co dalej będzie, jak sobie poradzę; wiedziałam natomiast, że jeśli będę iść we wskazanym kierunku, za ok. 500 m dojdę do dworca kolejowego i będę mogła tam wsiąść do pociągu do Przemyśla. Tak. Bardzo miła Pani w okienku kasy sprzedała mi bilet i na migi przestrzegła mnie, że ten pociąg odjeżdża za 5 minut z 5 peronu. Już biegłam…uch… jaka ulga. Zdążyłam! Siedząc w wagonie przepełnionym wrzeszczącymi Rumunami, wracającymi z „bazarów”, rozmyślałam o tym, jak niedobrze, że to tak oddzielnie musimy pokonać odległość 4000 km, a miało być tak romantycznie… Aż tu nagle!

W „tamtych” czasach nie wolno było mieć przy sobie więcej niż 30$ przy przekraczaniu granicy, w przeciwnym razie trzeba było się tłumaczyć, wypełniać deklaracje, wyjaśnienia itp., więc „rozwiązywało się” problem w ten sposób, że chowało się walutę pomiędzy ubrania i było ok. W portfelu miałam pieniądze, których wystarczyło na bilet do Przemyśla i napój.  Siedząc w wagonie, uświadomiłam sobie, że… zostawiłam dolary w kieszeni swoich spodni, które zostały w walizce męża. Zagrzmiało. Czy przed chwilą nie myślałam, że jest mi źle? Że zostałam pozostawiona sama sobie w obcym mi kraju, bez męża, bez znajomych, bez romantycznych przytulanek? Zagrzmiało znów, tym razem zrozumiałam, że ten grzmot pochodzi z mojego wnętrza… Co ja mam robić bez pieniędzy? Jak ja mam pokonać te 4 tysiące km, w tym 3 tysiące samolotem?

Łzy zdradziecko polały mi się z oczu i nie miałam sił ani chęci, żeby z tym coś zrobić. Było mi obojętne, że Rumunka siedząca naprzeciw widziała, jak ni stąd, ni zowąd zaczęłam płakać. Co mi z tego, że patrzy, jak właśnie zrozumiałam, w jakiej fatalnej sytuacji się znalazłam! Popatrzyła na mnie, poszeptała się z koleżanką, po czym na migi zwróciła się do mnie z zapytaniem, o co ten „ryk”. Spławiłam ją, bo niby jak miałoby mi pomóc to, że jej coś powiem? Rumunka nie dawała za wygraną i uparcie, tym razem już werbalnie, zwracała się do mnie po rumuńsku. Nie znam rumuńskiego. Proszę zostawić mnie w spokoju – odpowiedziałam po rosyjsku. Mówisz po polsku? – Nie.

Do you speak English?  Nie.

Sprichst du Deutsch? Nie.

Przyprowadziła inną dziewczynę z sąsiedniego przedziału:

Parlez vous francais????????? Oui! Oui! Oui!

Dalej była rzeka łez, opowiadałam jej po francusku (kto by pomyślał, że Bułgarka może tak dobrze się dogadać z Rumunką w Polsce!) w jakiej sytuacji się znalazłam i jak bardzo jest mi z tym niedobrze Dziewczyna na bieżąco tłumaczyła to innym, którzy ciasnym kołem okrążyli nas i słuchali mojej opowieści. O tak, kiwały głowami dziewczyny; dochodząc do wspólnej konkluzji, że mężczyźni to… Ależ nie! Mój wcale taki nie jest! – zaprzeczałam. Tak po prostu się złożyło.

Głośna rozmowa Rumunek za chwilę została nagle przerwana, tak jakby postanowiły coś zrobić. To, co zobaczyłam później, wprawiło mnie w osłupienie: dziewczyny zwołały wszystkich obecnych w wagonie, a było ich trochę – ok. 40 osób – i już za chwilę jedna z nich, ta, która rozpoczęła ze mną rozmowę, obeszła wszystkich, trzymając w ręku odwróconą dżokejkę. Każdy włożył tyle pieniędzy, ile mógł, a być może, tyle, ile ustaliły dziewczyny. Tyle, żeby wystarczyło dla mnie na podróż pociągiem do Lwowa i stamtąd do Magnitogorska samolotem. Tyle, że wystarczyło mi to z nawiązką. W rezultacie okazałam się na miejscu przed mężem.

Czego mnie to nauczyło? Tego, że nie należy narzekać, że jest źle, bo zawsze może być gorzej Tego, że zawsze znajdą się pomocni ludzie, którym po prostu trzeba pozwolić wyciągnąć pomocną dłoń. Tego, że trzeba się uczyć języków obcych, bo nie wiadomo, kiedy mogą się przydać. Tego, że to, co nas nie zabije, tylko nas wzmocni.

Za każdym razem, kiedy wspominam tę historię, pierwszą w cyklu „gdzie miałaś oczy i rozum”, błogosławię w duszy wszystkim tym ludziom, którzy wtedy i kiedykolwiek indziej okazali mi pomóc, nie oczekując nic w zamian, wszystkim na raz i każdemu z osobna. Część z tych ludzi już przekroczyła próg wieczności, pozostali wciąż podróżują po Ziemi. I tym pierwszym, i drugim, z głębi mojego serca dziękuję.

źródło zdjęcia

3 comments

  1. Kasper Skalbmierski

    Bardzo ciekawa lektura.

    Odpowiedz

  2. Ania Bajorek Dolba

    Fajnie sie cztalo, wciagnelam sie w opowiesc, bylam ciekawa zakonczenia 🙂

    Odpowiedz

  3. Ewa

    Brawo Walentynko, fajnie, że się zdecydowałaś, dobrze się czyta. Gratulacje!!!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: